Monday, July 31, 2006

niby niewiele, a jednak

Ociagam sie z pisaniem, bo jakos tak niewiele sie tu dzieje.
Przynajmniej z mojej perspektywy, chociaz z drugiej strony...

Od rana pracujemy. Nadal spoznienia sa tu na porzadku dziennym, tyle, ze juz macedonczycy wiedza, ze nas to denerwuje i rozwala caly dzien. Ale taki tutaj maja sposob na zycie. To zjawisko ma nawet swoja nazwe: opushtano czyli innymi slowy relax, chill out i inne takie.
Popoludniami jest nadal goraco, wiec siedzimy w domu. Dopiero wieczorem warto wyjsc. Wtedy albo pijemy kawe w kafejkach, albo idziemy do parku.
W ogole to kawy pije sie tu strasznie duzo. Nadal nie moge sie do tego przyzwyczaic. No bo wyobrazcie sobie, ze moj zespol przychodzi do pracy na 12.00. Spoznia sie (przedzial obustronnie otwarty) od 15 do 45 minut, siada przy stole, zajada sniadanko i wstawia kawe. Po tym obowiazkowo papierosek na balkonie, kawa juz gotowa wiec mozna sie napic. Praca zaczyna sie na dobre gdzies o 13.30. No ale juz niedlugo czas na druga kawe, potem jeszcze trzecia przed wyjsciem. A ile wypijaja jeszcze po pracy- tego juz nie wiem.

Palenie tutaj to straszny nalog. Pali chyba z 70% mieszkancow! W moim teamie pali Stena i Ravin. Nigdy nie pala w domu, nie pozwalam. Ale na balkonie fajke od fajki odpalaja. Koszmar! Udalo mi sie ostatnio wywalczyc, ze przynajmniej na spotkaniach sie ograniczaja- palic moze tylko jedna osoba w danym czasie, kolejna osoba musi odczekac 10 minut zanim zacznie swojego papierosa. Od razu sie inaczej pracuje.

Dobra, jeszcze o tym parku musze napisac, bo to ciekawa sprawa.
No wiec jest w Skopje park. I tam schodza sie wieczorami ludzie. Kupuja sobie piwko albo winko w sklepie nieopodal- najlepiej, zeby bylo zapakowane w torebke foliowa, bo na niej mozna potem usiasc- i ida siadaja sobie na trawce. Ale to nie wszystko. Zazwyczaj na jedna taka grupke ludzi jest przynajmniej jedna gitara. I tak to sobie siedzimy, spiewamy i gadamy. No, przynajmniej jest tanio!

Na poczatku tygodnia przyjechaly do nad 4 laski- z Polski, Slowenii i Portugalii.
Zazwyczaj gdzies chodzimy wieczorkami z nimi. W zeszla niedziele- jak ich jeszcze nie bylo- poszlismy do muzeum. Tego dnia jest za free, wiec sie skusilismy. O matko! Bogu dzieki, ze bylo za free, bo nie chcialabym placic za cos takiego! Generalnie bylo tam 2 sale. Jedna- z pocztowkami wywieszonymi na scianie. Tak zupelnie od czapy kartki pocztowe sobie wisza! A druga czesc wystawy to jakies dziwne znaleziska, ni to greckie, ni to tureckie...
Ale wesolo bylo jak nie wiem, usmialismy sie przynajmniej.

28 lipca obchodzilam urodziny. I Ravin tez. Wyobrazacie sobie? Mamy urodziny tego samego nia! Birthday Party bylo u nas w domu...

Tuesday, July 25, 2006

juz po pogrzebie rybki

no niestety.
rybka jest martwa, spuscilismy ja do toalety.
mamy podejrzenia, ze zostala zabita, nie wiemy jeszcze kto byl zabojca ani jaki mial motyw. Ale dochodzenie trwa.

weekend w skopje

Obiecalam sobie, ze nie bede pracowac w weekend.
No bo dlaczego ja mam pracowac, jesli reszta teamu ma wolne?
No wiec w sobote wysprzatalam cale mieszkanie.
Nigdy nie przypuszczalam, ze jestem tak bardzo podobna do mamy (pozdrowienia dla Madzi, ktora ma jutro urodziny!). Nigdy nie lubilam sprzatac, zmywanie naczyn zostawialam na noc, a z odkurzaniam czesto ociagalam sie do niedzieli.
A tu prosze! Okazalo sie, ze czyste mieszkanie jest dla mnie wazniejsze niz przypuszczalam.
Teraz nasze MC Flat traktuje jak moje wlasne, szlag mnie trafia jak widze gary niepozmywane w zlewie i brudna podloge.
I tak za wielki sukces uwazam to, ze Ravin dal sie namowic na sprzatanie raz na tydzien. Do tej pory sprzatal raz na miesiac, ale mieszkanie tak wtedy zarastalo brudem, ze trzeba bylo dwa dni szorowac.
Ale z Ravinem to jeszcze maly pikus. On szybko sie uczy i chce sie uczyc. Otwarcie mowi o tym, ze w domu wszystko bylo za niego zrobione, ciuchy uprane i uprasowane, kibel zawsze czysty a jedzienie na stole podane. I nigdy sie nie zastanawial nad tym kto i jak wszystko przygotowuje.
Teraz sie zastanawia i sam tego doswiadcza.
No ale jak wspomnialam, z nim to maly pikus.
Najgorsi sa nasi goscie.
Bo to niby goscie, a z drugiej strony mieszkancy.
Tylko ze jako goscie nie bardzo chca sprzatac, a brudza i wyzeraja zawartosc lodowki zupelnie jak mieszkancy. I badz tu teraz czlowieku madry jak ich traktowac =)

Trzymam teraz laptopa na kolanach i czuje, ze sie rozplywam. Strasznie tu goraco. Cala sie lepie. Ale w domu i tak lepiej niz na zewnatrz. Zaczekam do 18 i pojde na basen =)

Wczoraj przyjechaly 3 dziewczyny na wymiane wewnatrz AIESEC- jedna z Polski i 2 ze Slowenii. Jeszcze na Portugalke czekamy.
Wieczorem przyszly wszystkie, wpadla jeszcze Silje, praktykantka z Norwegii.
Cebula przywiozla mi z Polski czarna herbate z Polski. Nareszcie! Bo tu straszne zielsko pija.

O NIEEEEEEEEEEEEE
Wlasnie okazalo sie, ze jedna z naszych rybek nie zyje.
Przepraszam was, napisze eam o moim weekendzie pozniej.

Maja

Wednesday, July 19, 2006

juz tydzien

no dobra.
troche sie ociagalam, ale to chyba dlatego, ze moje ostatnie dni niewiele sie roznily jeden od drugiego.

mialam pare spotkan z ludzmi, troche polazilam po miescie, poza tym praca, praca, praca. I jako dziwnie wydaje mi sie, ze ja i Ravin robimy tu najwiecej. Ba! To mi sie chyba nie wydaje, ale naprawde tak jest!

Praca.
Jak pisalam mamy ustalone godziny pracy, ale teraz, kiedy bylo duzo planowania, siedzielismy dluzej, czasem do 3ciej w nocy. Problem polega tez na tym Zdarzalo sie tez, ze konczylismy prace o 23, potem siedzielismy na balkonie i gadalismy do pierwszej. Niby w biurze, a jednak w domu. Wyjsc nie wypada- w koncu to ja jestem gospodarzem. A rano tylko sterta naczyn do zmywania pozostaje.
Dlatego tez zaczelam implementowac 'office culture'. Zaczelam od wieszania flipchartow z roznymi informacjami. Zeby sciagac buty, zeby zmywac naczynia na bierzaco... Mam nadzieje, ze powoli wszyscy goscie tego domu zaczna rozumiec, ze to nie tylko biuro, ale tez dom.


Mieszkanie.
Juz je chyba opisywalam kiedys, ale zrobie to raz jeszcze. Ja i Ravin mamy swoje pokoje. Jak dla jednej osoby sa calkiem spore. Mam biurko, szafe (pisze o tym, bo Ravin ich na przyklad nie posiada), czasem najchetniej pracowalabym w pokoju, ale komputery sa w living room. To duzy pokoj, do ktorego wchodzi sie bezposrednio z klatki schodowej. Mamy tez spora kuchnie (z malenka lodoweczka niestety). Jest tez tyci pokoik z zabudowanego balkonu, w ktorym mieszka Suzaan, praktykantka z Holandii. Suz zadko bywa w domu- wstaje wczesnie, wraca pozno. I niechetnie sprzata =)

Pogoda.
Nie jest nieznosnie. Jest sliczna pogoda, cieplo, czasem goraco, ale da sie przezyc. Tylko biuro nam sie nagrzewa w ciagu dnia, dlatego wieczorami przyjemnie jest wyjsc na spacer. Zdarzaja sie burze popoludniami, i to takie solidne. Z gradem.

Skopje.
Tu jest wszedzie blisko. Autobusem jeszcze nigdy nie jechalam, czasem Toni przyjezdza samochodem jak mamy cos dalej do zalatwienia. Chociaz na piechote tez bysmy doszli. Bardzo fajne sa takie wedrowki, i choc czasem strace wiecej czasu, to przynajmniej kosci rozprostuje po pracy i spale pare kalorii.

Kiedy bylam w skopje po raz pierwszy wydawalo mi sie, ze niewiele sie rozni od polskich miast. Teraz widze, ze jest duzo bardziej zniszczone, czasem nawet przypomina mi ukrainskie miasta. Wspanialy jest natomiast widok gor. Skopje leza w dolinie, gory dookola. Kiedy leze na lozku (mam bardzo wysokie lozko) i spogladam przez okno za budynkami widze gory. Bosko! Musicie to zobaczyc.

Kontakt ze swiatem.
Zaczne od internetu. Bo to wazne.
Mamy internet w biurze, ale przez ograniczenia transferu nie siedze przy kompie caly czas. Nie mamy tez telewizji, wiec zeby dowiedziec sie co na swiecie sie dzieje, musze szperac po portalach informacyjnych. To najlepiej robic wieczorami, kiedy zostanie jeszcze troche MB.
Komorki jeszcze nie mam, dla nikogo nie jest to priorytetem zeby mi pomoc w znalenieniu aparatu i kupieniu karty. Life is brutal, jak mowia =)

Jedzenie.
Z Ravinem zyjemy na trybie 'min'. Zeby tanio kupic zarcie chodzimy na bazar, gdzie owoce i warzywa sa supertanie. Dzis kupilismy warzyw przynajmniej na kolejne 4 dni za 200 denarow co stanowi jakies 13 zlotych. Dzis zorientowalam sie jaki maja tu system sprzedazy- podaja cene np. 15 denarow za kilogram, po czym proponuja 20 gram wiecej za 20 den. Smiesznie bylo, kiedy chcialam wybrac sobie sama pomidorki. W Polsce zawsze tak robie, a tu dziwnie sie na mnie patrzyli. W ogole to zakupy na bazarze sa najlepsza nauka macedonskiego!

Macedonski.
Tylko mi sie zdawalo, ze jest prosty. Mimo, ze rozumiem bardzo duzo, nie potrafie za duzo powiedziec. Slownik Angielsko- Macedonski narazie nie nie przydaje- potrzebny mi elementarz!

CDN.

Thursday, July 13, 2006

drugi dzien...

...byl strasznie nieefektywny.
Wczoraj ustalilismy sobie godziny pracy- ja z Ravinem od 10 do 18, reszta teamy 12-16. Pewnie w ciagu roku te godziny beda inne, ale narazie, na czas wakacji takie jest wlasnie ustalenie.
Rano okazalo sie, ze nie moge odpalic kompa. Nie mowiac juz o podlaczeniu do internetu. A niestety komputerow mamy za malo do pracy, na dodatek mielismy gosci z Ohrid i Prilep. Potem okazalo sie, ze nie moge importowac moich maili i kontaktow. Koszmar! Nie zalatwilam zadnej rzeczy emailowo, a obowiazki pietrza sie juz okrutnie. Ale to nie koniec. Dostalam dwie karty sim, ktore wystarczy tylko doladowac. Gdzie tam! Ja oczywiscie mam sim locka, karta nie dziala i nikt nie wie gdzie sim locki tu zdejmuja. Jedyna szansa, ze ktos pozyczy mi sam aparat, ale to pewnie troche potrwa. Ehhh...
Jutro jedziemy do Steny planowac. Ale na noc wracamy. Szkoda, bo najchetniej wrocilabym dopiero w niedziele. Mieszkanie ewidentnie wymaga sprzatania, ale... w poniedzialek. Od razu mi cisnienie skacze jak pomysle, ze co tu jestem to w mieszkaniu jest syf i ja musze sprzatac. A tak, jak tu troche pobede to chociaz bede miala swiadomosc, ze i ja tu troche nabrudzilam =)
Na szczescie dzis skonczylam sprzatac w swoim pokoju- przejrzalam stare smieci, jakies dokumenty i rupiecie po Patty, poukladalam moje rzeczy. To moja oaza czystosci =).
W mieszkaniu mieszka jeszcze z nami Suzan z Holandii, ale ona wciaz gdzies lata i zupelnie jak Ravin nie ma charakteru gospodyni domowej.
Teraz jestem sama- trzeba wykorzystac ten czas!

Wednesday, July 12, 2006

w Macedonii

No dobra. Skonczyly sie czasy, kiedy zwracalam uwage na polskie czcionki. Tutaj ich po prostu nie mam =)

Ale od poczatku.
W Warszawie bylismy chyba jeszcze przed 20, czyli ponad godzine przed odjazdem autokaru. Jakie bylo nasze zdziwienie, kiedy zamiast autokaru zobaczylismy busa z przyczepa... Ale okazalo sie, ze w Rzeszowie, albo gdzies dalej beda nas przepakowywac do normalnego, duzego autokaru. Tak tez sie stalo. Gdzies niedaleko granicy (nawet nie wiem gdzie, bo bylo okolo 5 nad ranem i srednio wiedzialam co sie dzieje wokolo) wsiedlismy do autokaru, ktory jechal juz prosto do Grecji. Niestety wiekszosc miejsc byla juz zajeta, wiec moj pomysl na spanie na dwoch siedzeniach poszedl w zapomnienie. Siedzialam kolo jednej dosc grubej pani, ktora- jakby jeszcze bylo malo- koniecznie chciala, zeby jej torga siedziala na siedzeniach razem z nami. Tak wiec siedzielismy w trojke- torba, pani (na dwoch krzeselkach jednoczesnie) i ja. Dobrze, ze w pore odkrylam, ze moje siedzenie sie lekko odsuwa, wiec pani siedziala na przerwie niedzy krzeslami. Spanie w pozycji siedzacej nie bylo niczym fajnym, no ale jakos dalam rade. Zreszta ciezko bylo spac kiedy wokolo byla z 6 dzieci no i jeszcze filmy puszczali jeden za drugim. Bardzo sie balam, ze obejrzymy cala kolekcje bajek, ktora wypalil na plytkach jeden z podrozujacych z nami chlopcow, ale na szczescie nie dzialaly. Tylko "Ice Age 2" no ale to dalo sie zniesc =)
Bardzo milo zaskoczyla mnie firma przewozowa, ktora za cene 250 zlotych nie tylko zawiozla mnie do Macedonii ( a to juz nie lada wartosc dodana) ale jeszcze stawiala obiad. Kiedy postawili mi pod nosem mieso, frytki i surowke z bialej kapusty wiedzialam, ze wrocilam na balkany. To bylo w Serbii.
Potem to juz naprawde szybko zlecialo. Chyba kawalek w Polsce byl najciezszy.
No i na granicach nie stalismy za dlugo. Bogu dzieki nie grzebali nam w torbach ani w Serbii ani w Macedonii, jak mi sie zdarzylo w Listopadzie zeszlego roku.

Autokar zatrzymal sie za granica w Macedonii dwa razy. Na pierwszym przystanku pan kierowca zapytal po co jade do Macedonii. Ja mowie, ze do pracy, a on zdziwiony, czy tam mozna zarobic. To ja mowie, ze jade do pracy, ale nie wyjechalam za pieniadzem...
Na drugim przystanku wysiadlam. Przyjechal samochodem facet z firmy. On zawiozl mnie do miasta, autokar pojechal dalej- do Grecji. Super firma, naprawde. Pan Igor (to drugi kierowca, kiedys pracowac w Polsce, w ambasadzie Macedonii; jak sie potem okazalo) podjechal prosto pod moj dom. Dziwne bylo uczucie, kiedy przyjechalam sama i sama weszlam do domu. Mojego domu- przynajmniej jeszcze przez rok. A w domu nie bylo nikogo- moi znajomi czekali na mnie na dworcu. Tak wiec zamiast oni witac mnie- to ja witalam ich w domu.
Potem tylko siedzielismy na balkonie i pykalismy szisze- Toni wlasnie wrocil w Turcji i chyba jak kazdy, kto z tamtad przyjedza- kupil jedna. Okolo 3 nad ranem znalazlam jeszcze troche sily zeby rozpakowac rzeczy- przynajmniej ich czesc. I poszlam spac.

Rano- tradycyjnie- kantor i zakupy do szopskiej salatki. Ravin pokazal mi taki pchli targ jakies 25 minut piechota. Specjalnie napisalam pchli targ, bo niektorzy ludzie to wygladali, jakby mieli pchly. No nie, moze troche przesadzam, ale klimat tego ryneczku jest mocno turecko- arabski. Ale to miejsce ma swoj urok. Kiedys pojde tam z obstawa i porobie zdjec. Z obstawa to na wszelki wypadek, zeby aparatu nie zabrali.
Ale z zakupami nie mialam klopotow. Moj macedonski jest spokojnie wystarczajacy do zrobienia zakupow na rynku warzywnym. Spokojnie zapytam ile kosztuje, ile chce i zrozumiem ile mam zaplacic. Czego wiecej chciec. A tubylcy strasznie to doceniaja, ze sie staram po macedonku mowic. Nawet cukinie tam znalazlam! A jakie pyszne pomodorki! Dawno w Polsce takich nie jadlam =)

Potem jeszcze chwila spokoju i zaczelismy spotkanie. Zaczelo sie o 14, skonczylo okolo 21. Plus przerwa godzinna, ktora sporzytkowalam na robienie porzadkow w pokoju. Jeszcze nie wiadomo, czy tu zostaniemy, ale jak juz cos zadecydujemy to napisze. A historia jest dosc ciekawa, wiec na pewno o niej jeszcze opowiem.

Wieczorkiem poszlismy jeszcze mnie zarejestrowac, ale to tylko formalnosc. Nic strasznego- w Rosji sie bardziej stresowalam, i zabawy papierkowej bylo wiecej. Po drodze poszlismy na basen sprawdzic godziny otwarcia. Oh, szybko zatesknilam za Wodnym Rajem u mnie na osiedlu. No ale sie nie zrazam, tylko jutro ide dzielnie poplywac. Zobaczymy jak jest w srodku =)

To chyba tyle z dzisiejszych wrazen. No jeszcze na koniec dodam, ze na dole w bloku jest sklepik, gdzie wlascicielem jest bardzo mily facet, ktory mowi po angielsku. Znam go juz od piewszej mojej wizyty w Mace, w maju tez go odwiedzilam. Alez to komfort, kiedy facet w sklepie mowi po angielsku! (pewnie teraz Lukas sie ze mnie smieje. Dla tych, ktorzy nie wiedza, Lukas siedzi teraz w Londynie)

Do jutra!